Włoska organizacja 11


Alicja Ćwieczkowska jest autorką bloga Włoski przez Skype. wloski-przez-skypaOd 4 lat mieszka we Włoszech, ale jej życie jest związane z tym pięknym krajem już od lat około 15. Zawodowo zajmuje się nauczaniem językiem włoskiego, tłumaczeniami oraz copywritingiem. Prywatnie uwielbia odkrywać ciągle nowe zakątki swojego aktualnego kraju zamieszkania, jak również jego wspaniałości kulinarne. Znajdziecie ją również na fb.

Alicja opowie Wam dzisiaj o włoskiej organizacji.

włoska (dez)organizacja

Zastanawiam się, czy we włoskim słowniku w ogóle istnieje takie pojęcie jak “organizacja czasu” lub w ogóle “organizacja”. Włochy to cudowny, słoneczny, piękny kraj pełen przeuroczych miejsc, znany ze świetnej kuchni, kawy oraz lodów, mieszka się tu bardzo przyjemnie, w październiku można chodzić w krótkim rękawku lub niekiedy nawet w stroju kąpielowym, ale… kiedy przychodzi do załatwienia czegoś w urzędzie, banku, na uczelni czy chociażby na poczcie ta opisana przeze mnie sielanka zmienia się w koszmar.

wloska-organizacja

na poczcie

We Włoszech nikt nigdy nic nie wie.

Nikt nigdy niczym się nie zajmuje.

Nikt nie jest od niczego.

Włosi w urzędach (zwłaszcza na poczcie) wszystko robią parami, zawsze muszą się z kimś skonsultować. Kiedy mam iść we Włoszech na pocztę, robi mi się autentycznie niedobrze. I to nie jest żadna przenośnia czy hiperbola.

Wyobraźcie sobie, że pani w okienku na poczcie mówi Wam, że w lewym górnym rogu koperty NIE wpisuje się nadawcy, tylko tego, kto wysyła. Jest to prawdziwa historia z życia, z mojego życia, nie gdzieś tam zasłyszana. I jest to tylko przykład. Chyba rozumiecie teraz, dlaczego unikam włoskiej poczty jak ognia.

Tyle że prawdziwy problem polega na tym, że nawet przy odbiorze przesyłek nie obchodzi się gładko. We Włoszech listonosz nie przynosi paczek czy listów poleconych do drzwi. Trzeba sobie po nie zejść na parter. I może jeszcze mogłabym to zaakceptować, gdyby przynajmniej przy wręczaniu przesyłki proszono o dowód tożsamości. Ale nie, wystarczy że z windy wysiądzie pierwsza lepsza z jakichś 150 osób mieszkających w 14-piętrowym bloku, listonosz od razu wychodzi z inicjatywą „Pan/Pani Taka i taka?”. Powiedz „tak” i przesyłka jest twoja.

wloski

Kiedyś przyszedł do mnie dość gruby list, niepolecony, który nie mieścił się w dziurze skrzynki pocztowej. Listonosz zostawił więc beztrosko przesyłkę zamiast w, to na skrzynce. Sąsiad znalazł ją potem rozszarpaną w windzie.
Z kurierami nie jest lepiej.

Potrafią rzucić przez domofon tekstem „schodź szybko, zostawiam paczkę na skrzynce, bo się spieszę”. Jeśli chodzi o odbiór przesyłek w siedzibie kuriera, również nie ma mowy o sprawdzaniu jakichkolwiek dokumentów czy haseł.

na uczelni

Inny przypadek, tym razem uczelniany. Jestem ogólnie dosyć sceptyczna w zakresie cudów, ale fakt, że udało mi się zacząć (i skończyć) magisterkę we Włoszech ociera się o tę kategorię.

Pominę ogrom całej biurokracji, tłumaczeń, zaświadczeń, pieczątek itp.  przejdę od razu do wisienki na torcie. We Włoszech studia z zasady są płatne. Wysokość czesnego jest uzależniona od zamożności danego delikwenta. Osoby stosunkowo biedne nie płacą czesnego w ogóle. Ale o ile Włochom łatwo obliczyć poziom ich zamożności, o tyle w kwestii obcokrajowców jak zwykle trudno cokolwiek ustalić. Kiedy człowiek chce normalnie legalnie się czegoś dowiedzieć, jest odsyłany od Annasza do Kajfasza.

Nie pamiętam już dokładnie jak to przebiegło w moim przypadku, ale wiem, że kilkakrotnie dzwoniłam i do polskiej i do włoskiej ambasady (bo w te miejsca odsyłała mnie uczelnia) i obydwie instytucje za każdym razem deklarowały, że one się takimi sprawami nie zajmują. Poinformowałam o tym pana w administracji uczelni. Pan bardzo się dziwił i miał niemal pretensje do MNIE, że ambasada się tym nie zajmuje. To kto ma się zajmować?

No cóż, też chciałabym to wiedzieć.

wloska-organizacja-2

i don’t speak english

Do tego wszystkiego dochodzi również brak znajomości języka angielskiego. Oczywiście istnieją wyjątki, ale taka jest ogólna tendencja, głównie w mniejszych miejscowościach. Owszem, Włosi uczą się angielskiego w szkołach, ale w przeciwieństwie do Polski, gdzie 8/10 moich znajomych uczyło/uczy się języka również prywatnie, we Włoszech takiego zwyczaju nie ma i ten ułamek można by z powodzeniem odwrócić.

Osoby uczęszczające na pozaszkolne zajęcia z angielskiego są więc raczej wyjątkami.

Jeśli ktoś chciałby zarzucić mi „przesadyzm”, powiem tylko, że studiując w Rzymie (podkreślam, w Rzymie, w stolicy państwa, nie w żadnej małej miejscowości), byłam świadkiem sytuacji, gdzie osoba pracująca w sekretariacie dla obcokrajowców (podkreślam, obcokrajowców, czyli osób potencjalnie niemówiących po włosku), nie była w stanie porozumieć się po angielsku.

Powyższa sytuacja Ogólnego Nieogaru wynika, jak domniemam, z bardzo powszechnego we Włoszech zjawiska nepotyzmu.

W wielu instytucjach zatrudnia się znajomych znajomych znajomych, a nie tych, którzy rzeczywiście znają się na rzeczy i mają zapał do pracy. Jest w tym również z pewnością domieszka tego słynnego „włoskiego luzu”, który tak fascynuje turystów, a który mieszkańców potrafi doprowadzić do pasji. Oczywiście istnieją też wyjątki. Istnieją urzędnicy przyjaźni, kompetentni i chętni do pomocy. Istnieją również różnice między Północą a Południem (im dalej w dół, tym organizacja bardziej szwankuje).

Wrzuciłam wszystkich do jednego wora, choć sama jestem przeciwniczką takiego podejścia. Czasami jednak trzeba troszeczkę się ugiąć do jakiejś generalizacji, bo inaczej na temat jakiejkolwiek grupy społecznej czy narodowości musielibyśmy pisać tylko i wyłącznie jedno zdanie: „To zależy”.

Chciałabym tylko podkreślić, że powyższy fragment to wynik moich osobistych doświadczeń i obserwacji (może ktoś ma inne, czego gorąco mu życzę), ale wiem, ze wielu znanych mi Włochów i Polaków żyjących na co dzień we Włoszech podpisałoby się pod nim obiema rękami.

widzimy się po kolacji !


Abstrahując jednak od wyżej opisanych organizacyjnych niedociągnięć, istnieje taki aspekt życia, w którym Włosi są absolutnym mistrzami organizacji.

Posiadają oni pewien harmonogram, który, niech się pali i wali, ale pozostanie nietykalny. To harmonogram posiłków.

Kto był kiedykolwiek na wakacjach we Włoszech, pewnie odczuł to na własnej skórze. Zwiedzamy sobie, zwiedzamy, około 15 robimy się głodni, a tu nagle zonk, wszystko pozamykane. Godzina 15 to tutaj już dawno po obiedzie. O tej godzinie się odpoczywa. O ile śniadanie można sobie zjeść jeszcze w miarę dowolnie, obiad przypada zwykle między godziną 12 a 14. Wiele miejsc, takich jak biura, urzędy, banki czy sklepy jest wtedy zamykanych i pracownicy idą sobie do domu na obiad. Otwiera się ponownie o 16 i pracuje do 19:30/20. Wtedy nastaje godzina kolacji. Nie wcześniej, niż o 20. Przed 20, mniej więcej od 18 można wybrać się na aperitivo, czyli drineczka, piwko, winko czy cokolwiek, co ma zaostrzyć nasz apetyt. Mi osobiście aperitivo zwykle przykraca apetyt, ponieważ do napojów serwowane są różnorakie przekąski, którymi najadam się przed kolacją, ale generalnie zamysł jest taki, żeby „otworzyć” (aperitivo od „aprire”, czyli „otwierać”) żołądek na większy posiłek. Tak czy siak, czas kolacjowy rozpoczyna się od 20. W domach zazwyczaj jada się o tej właśnie godzinie. Na mieście można później. Restauracje otwierane są zwykle koło 19:30, zamykane około 1. Czasem zapełniają się dopiero około 22. Czyli wtedy, kiedy w Polsce się zamyka (albo nawet już zamknięto).
Czy to jest fajne?

Jeśli już się człowiek przestawi na ten rytm, to tak. Oczywiście czasami denerwuje to, że ma się ochotę pójść sobie do banku o 15, a tu zamknięte, ale można się przyzwyczaić i po prostu inaczej zorganizować. Ale trzeba zacząć od tego, że o 15 raczej nikt szczerze do tego banku nie ma ochoty iść. Chodzi mi o to, że powyższy harmonogram, tak na logikę, nie jest wzięty z kosmosu, ale uzależniony od warunków klimatycznych. Uwierzcie, że podczas letniej połowy roku, między tą 13 a 16 nie ma się ochoty na nic innego, jak leżenie plackiem na łóżku. Wieczorami zaczyna robić się znośnie dopiero tak około 19, a ciepło jest przez całą noc, także temperatura sprzyja włóczeniu się do późna po restauracjach i różnorakich lokalach. Te przyzwyczajenia rozciągają się po prostu na cały rok.

Ma to swoje dobre strony. Chociaż włoski sposób odżywiania się nie należy do najzdrowszych (słodkie śniadania i późne, obfite kolacje), to korzystne dla dbających o linię jest jadanie w stałych porach. Inną korzyścią jest to, że w niedziele (kiedy dodatkowo większość sklepów jest pozamykana), kiedy pogoda na to pozwala, tak koło 14 mogę sobie iść bezstresowo na rower, bo wtedy wszyscy są na obiedzie i ulice są praktycznie opustoszałe.

I wreszcie panuje również pewna jasność w kontaktach towarzyskich. Nie ma kombinowania czy przekładania. Wystarczy ustalić „widzimy się na kolacji” lub „widzimy się po kolacji”. I wszyscy wiedzą o co chodzi.

 

 

  • Włoska rzeczywistość. A Polacy tak narzekaja na pocztę polska hahaha

    • Ja się stałam wielką patriotką po wyjeździe 😉 I nie śmiem narzekać już ani na polską pocztę ani na urzędników 😛

  • Hiszpańska rzeczywistość niewiele się różniła:)

  • Cóż… rzeczywistość jednak wszędzie przypomina jedną wielką parodię

  • Ohh,. wygląda na to, że oni tam po prostu mają wielki luuuuuuz :))

  • To typowy szok kulturowy 🙂 u nas niby każdy chciałby przerwę na dwugodzinny obiad, ale jeżeli powiesz ludziom, że mają siedzieć w pracy do 19:00 to już nikt nie będzie chętny. Włosi mają luz. Mam wrażenie, że nie jest ich łatwo zdenerwować choć impulsywni są. Mnie się podoba ich luz przy parkowaniu i jeżdżeniu samochodami.

    • Każdy medal ma dwie strony 🙂 W związku z prakowaniem sprawy mają się podobnie – może i luz przy parkowaniu jest fajny, ale przestaje taki być, kiedy spóźniasz się na pociąg (i na kolejny musisz czekać godzinę), bo jakiś inteligent zaparkował na środku ulicy i autobus nie może przejechać 😉

  • Podobnie sprawa ma się w Rumunii. Załatwienie papierów na uczelni to był istmy koszmar… umawianie się z wykładowcami i panią z dziekanatu właściwe nie istnieje, bo wszyscy i tak przychodzą na uniwerek kiedy chcą 😉 Pozdrawiam i cierpliwości życzę! 🙂

  • Niesamowity kraj, aczkolwiek jak kiedyś miałam styczność z Włochami, to sprawiają oni wrażenie takich “na luzie”, albo lepiej, jakby na haju byli, po prostu żyją beztrosko… Teraz już wiem, że to nie wrażenie – oni tacy są naprawdę 😛